Zapraszam na pierwszą część dłuższej historii.
M.
Severus
Snape jak zwykle przechadzał się po korytarzu w nadziei, że
znajdzie kilku nierozważnych Gryfonów chowających się po
kątach. Uśmiechnął się złośliwie na myśl, że znajdzie kogoś,
kto w ramach szlabanu posprząta jego pracownię, która po
dwóch miesiącach wakacji była okropnie zaniedbana.
Snape
oczywiście, co wiedzą wszyscy, był okrutnym draniem bez serca i
takie tam, ale miał też swoje dobre strony – zakopane głęboko
pod stertą brudnych ubrań. Nie musicie wierzyć mi na słowo, więc
przytoczę przykład.
Kiedyś
Severus znalazł, niedaleko bram Hogwartu, zziębniętego kotka
skulonego pod krzakiem malin. Pomyśleliście pewnie, że go
zostawił. I tu się mylicie, bo Severus podniósł kotka,
wyczarował dla niego ciepły kocyk i niosąc go na rękach skierował
się w stronę gabinetu Minerwy McGonagall, swojej najlepszej(i
jedynej) przyjaciółki.
-
Severusie – zaczęło lekko zdenerwowanym tonem nie podnosząc
głowy znad papierów, które wypełniała – mówiłam
ci, żebyś pukał. Tego wymaga kultura.
Mężczyzna
przewrócił oczami i nic nie mówiąc jednym sprawnym
ruchem zrzucił kartki na ziemię. Na ich miejsce położył
zawiniątko, prosto przed nosem oniemiałej pani profesor. Ta
ostrożnie, jakby bojąc się, że to co jest w środku może
wybuchnąć, odchyliła kocyk. Ujrzała wpatrujące się w nią
piękne oczka o pionowych źrenicach.
Snape
delikatnie przesunął palcem po owłosionej główce, na co
kot zamruczał z wyraźnym zadowoleniem. Po chwili zabrał rękę i
zaczął swoim standardowym wypranym z emocji tonem:
-
Pomyślałem, że ty zaopiekujesz się nim najlepiej. Ja mam za mało
czasu, żeby opiekować się sierściuchami.
Minerwa
wstała i zaczęła krzątać się przy kotku.
-
Nie wiedziałam, że są w tobie jakieś ludzkie odruchy, Severusie –
zaczęła śmiejąc się cicho, gdy kotek stanął na drżących
łapkach i skierował się w stronę mężczyzny. Ten rzucił
Minerwie złowrogie spojrzenie.
-
Nie wiedziałaś o nich, ponieważ nie istnieją. Po prostu
przyniosłem ci tego cholernego kota w prezencie. - Energicznym
krokiem skierował się ku drzwiom. Zatrzymał się z ręką na
klamce. - Pomyślałem, że nikt nie zrozumie tego kota tak dobrze
jak stary, wyleniały szczurołap.
Trzasnął
drzwiami, o które niecałą sekundę później rozbił
się latający kubek.
Tak,
Severus Snape ma swoje dobre strony.
Po
godzinie spedzonej na poszukiwaniu „smarkaczy łamiących
regulamin” mężczyźnie zrzedła mina. Ale jedną z dobrych(a może
w tym wypadku złych?) stron Severusa było to, że był bardzo, ale
to bardzo cierpliwy. Jak zwykł mawiać: „Niecierpliwy szpieg to
martwy szpieg”. A właściwie w jego autorskim wykonaniu brzmiało
to mniej więcej tak: „Jeśli jakiś niereformowalny idiota za
bardzo się czymś ekscytuje po dwudziestu czterech godzinach nie
będzie niczym więcej niż martwym idiotą”. Więc Severus czekał
i gdy już myślał, że jednak nie było to daremne bardzo się
rozczarował.
Usłyszał
w oddali ciche kroki. Chciał poczekać aż anonimowy delikwent się
zbliży, ale odgłos stawianych kroków zaczął się oddalać.
Severus Snape ruszył w pogoń.
Pech
chciał, że po minucie natrafił na skrzyżowanie dwóch
korytarzy. Wybrał jeden z nich i modląc się o cud znów
ruszył na przód. Cud się zdarzył, gdyż niedługo potem
Severus zobaczył skraj uczniowskiej szaty znikającej za zakrętem.
Przyspieszył i pomyslał, że skoro najwidoczniej trafił na dzień
spełniania marzeń, może nawet właśnie goni sławnego Harrego
Potter'a we własnej osobie.
Kroki
nagle ucichły, a Snape wyłonił się z cienia pewien, że za chwilę
zobaczy swoją ofiarę. Przeliczył się. Przed nim roztaczał się
pusty korytarz. Uczeń, kimkolwiek był, zniknął. Pewnie
pomysleliście – dziecko szczęścia. Severus też tak pomyślał,
ale w bardziej niecenzurowany sposób.
*
* *
Następnego
dnia owego mężczynę zbudził odgłos magicznego budzika. Nie mogło
zrobić tego słońce, gdyż jak na porządnego nietoperza i wężyka
w jednym przystało – Severus spał w lochach.
Szybko
wskoczył pod prysznic i już w standardowym czarnym surducie
wkroczył do swojego gabinetu. Stamtąd przeszedł do składzika ze
składnikami do eliksirów. Już od progu zauważył, że ktoś
tam był. Przyklejony do wykładziny drops podpowiedział mu, że tą
osobą był Dumbledore. Mrucząc pod nosem przekleństwa zapisał na
pergaminie ingrediencje, które musiał dokupić.
Po
kilku minutach skierował swoje kroki do Wielkiej Sali. Tam, przy
akompaniamencie głośnych rozmów i śmiechów, w
ponurym nastroju zjadł śniadanie.
Pierwszą
lekcję miał ze Ślizgonami i Gryfonami. Powiewając czarną
peleryną dumnie wkroczył do klasy. Wszystki rozmowy ucichły.
Dwanaście osób siedziało wpatrzonych w profesora.
-
Kto wie coś o Felix Felicis? - padło pytanie.
Tylko
jedna reka wystrzeliła w górę, co dla nikogo nie było
zdziwieniem.
Snape
rozejrzał się po klasie. Szpetnie zaklął w myślach, ale na głos
powiedział:
-
Czy nikt z was nie wie kompletnie nic?
Zrezygnowany
usiadł na krześle przy biurku. Dopiero teraz spojrzał w stronę
zgłaszającego się ucznia.
-
Ach...Czymże by była ta lekcja bez słynnego huraganu Hermiona
Granger – westchnął. Kilka odważniejszych osób pozwoliło
sobie cicho się zaśmiać. - Granger, nie wygłupiaj się i opuść
tę rękę.
Rozdział dość interesujący aczkolwiek bez większych emocji :P
OdpowiedzUsuńCzekam na dalsze rozdziały :D
Miona
Severus ratujący kotka, nie na to musiało być zabawne. Osz ten jego niewyparzony język i umiejętność unikania latających przedmiotów XD
OdpowiedzUsuńNie mogę doczekać się kolejnego rozdziału, pisz go szybciutko kochanieńka ;D
Pozdro i weny
POISON
Czyta się przyjemnie i czekam na ciąg dalszy :)
OdpowiedzUsuńZapraszam też do mnie - magiczne autografy, a ostatnio o fenomen Emmy Waston jako modelki